Książki

Apokryf, czyli podróż do źródeł nienawiści

Dlaczego chrześcijanie i żydzi się nienawidzą? Ilu mesjaszy zabili Żydom Rzymianie? Czy można na te pytania odpowiedzieć w formie powieści? Wojciech Dutka napisał książkę o zapomnianym epizodzie historii, którego konsekwencje ciążą nam do dzisiaj.

Czytaliście Państwo „Quo Vadis” Henryka Sienkiewicza? No ba! Kto nie czytał… Podobało wam się? No to jak najszybciej o tym zapomnijcie. Sienkiewicz o antycznym Rzymie wiedział tyle, ile podczas kilku spacerów powiedział mu jego przyjaciel, mieszkający w Wiecznym Mieście malarz Henryk Siemiradzki. Na prawdziwą, mocną i rzetelną polską powieść o antyku czekaliśmy naprawdę długo.

Ale po co nam powieść o wielonarodowym imperium mającym problem z bliskowschodnim fundamentalizmem, którego nie rozumie? Żadnych skojarzeń? 

Pewne rzeczy są wieczne i powtarzają się przez wieki w nieskończoność.

Ale do rzeczy, czy też jak by powiedzieli Rzymianie – zacznijmy od jajka – (AB OVO).

„Apokryf” to rozgrywająca się na przestrzeni 60 lat drugiego stulecia, wielowarstwowa historia, którą spina postać Rzymianina Sekstusa Sewera. Poznajemy go jako młodzieńca tuż przed przekroczeniem progu dorosłości. I autor dba, by jego zachowanie raczej nie budziło w nas sympatii. To nie jest miły chłopak, ale jego długie życie będzie ciągłym zmaganiem pomiędzy sumiennym wykonywaniem obowiązków służącego na granicach żołnierza najpotężniejszego imperium świata starożytnego, a próbą zachowania człowieczeństwa i zrozumienia tego co go otacza. Brzmi dziś wyjątkowo aktualnie? Cóż… Jak już ustaliliśmy, pewne rzeczy powtarzają się w historii w nieskończoność.

Równolegle prowadzona jest historia przyszłego adwersarza Sekstusa, Szymona Bar Kochby, pobożnego Żyda, obdarzonego bystrym umysłem intelektualisty, który w pewnym momencie stanie na czele powstania i uwolni Izrael od panowania Rzymian. Oczywiście – na krótko.

Wojciech Dutka lubi i rozumie antyczny Rzym. To się czuje czytając „Apokryf”. Dzięki temu nie rozczarują się nim nawet ci, którzy tak jak ja, nie przepadają za powieściami, ale kochają książki historyczne. Patrzymy na świat oczami Rzymianina, ale autor wie, co i jak trzeba wytłumaczyć współczesnemu czytelnikowi, by choć przez moment poczuł się jak Rzymianin. Wie jakie w ciągu dnia podawano przekąski, a co jedzono na główny posiłek, czym przyprawiano potrawy, ile kosztowało najlepsze wino sprowadzane z Egiptu, a ile te pośledniejszej jakości z Italii. Potrafi też odtworzyć sposób myślenia obywatela wielonarodowego i wielowyznaniowego imperium. Dzięki temu zaczynamy rozumieć czemu konflikt pomiędzy racjonalnym do bólu Rzymem, a w tym kontekście irracjonalnym Izraelem był nieunikniony.

Bo Izrael i Żydzi to bez wątpienia wielka miłość Wojciecha Dutki. O ile o Rzymianach pisze ze znawstwem to o Żydach – z czułą fascynacją. Krok po kroku odkrywa przed nami środowisko religijnych ortodoksów skupionych wokół rabiego Akiby, z którego wyrósł przywódca powstania. Jest jeszcze trzecia grupa, nieco na pograniczu sporu rzymsko-żydowskiego. To tworząca się, nieliczna, ale znacząca dla powieści – wspólnota chrześcijańska. I muszę przyznać, że znając autora, nieco obawiałem się, że absolwent KUL-u, zdeklarowany katolik, nauczyciel w katolickim liceum, nie oprze się pokusie, by wzorem Henryka Sienkiewicza uczynić z chrześcijan głównych bohaterów powieści. Albo przynajmniej niewinne owieczki bez skazy, ofiary prześladowań. Na szczęście Wojciech Dutka, niczym świetnie wyszkolony legionista, zachował w tym intelektualnym starciu szyk, nie zdradzając swoich prywatnych poglądów. A nawet z dużą surowością patrząc na postawę chrześcijan uwikłanych w konflikt rzymsko-żydowski. Swoją drogą spojrzenie na wspólnotę chrześcijańską w niespełna 150 lat po śmierci Jezusa może być dla chrześcijan z XXI wieku prawdziwym wstrząsem. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że nasze wyznanie jest „odwieczne”, a jeśli nawet w wielu laickich krajach Europy nie ma statusu „religii panującej”, to i tak Kościół jest siłą, z którą należy się liczyć. Europa, w której chrześcijaństwo jest traktowane jak jakiś mało liczący się odłam judaizmu, nie mieści nam się w głowie. A przecież dla ówczesnego dobrze wykształconego przedstawiciela łacińskiej cywilizacji, pierwsze zetknięcie z opowieścią o „Jeszui, synu cieśli z Nazaretu”, który za rządów cesarza Tyberiusza został skazany na śmierć, ukrzyżowany i ponoć zmartwychwstał, ale zaraz potem znów zniknął, musiało brzmieć wyjątkowo niewiarygodnie. A wyznawców takiego kultu Rzymianie traktowali tak jak my –  wiernych kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Z kpiącą irytacją. Uparta odmowa (tylko i wyłącznie rytualnego) oddania czci „w oczywisty sposób boskiemu” cezarowi, była w II wieku dla obywateli Rzymu absurdem i formą mało wyrafinowanego sposobu popełnienia samobójstwa.

Brak wrażliwości i zadufanie Rzymian, którzy (niebezpodstawnie) uważali się za światową elitę, łaskawie dzieląc się tylko tym splendorem z Grekami, doprowadził do wybuchu powstania, na którego czele stanął uznany za mesjasza – Szymon Bar Kochba. Większość mieszkających w Izraelu Żydów uznała Szymona za boskiego pomazańca. Ale nie mogli tego przecież zrobić chrześcijanie, którzy już swego mesjasza czcili. Na froncie sytuacja jest zero-jedynkowa. Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. To był moment, w którym trudna kohabitacja żydów i chrześcijan została przerwana wzajemnymi oskarżeniami o zdradę. Wojciech Dutka podaje to oczywiście w formie zbeletryzowanej, ale historia uczy, że czasem decyzje podejmowane przez pojedynczych ludzi mogą zmienić bieg zdarzeń i wpłynąć na całe narody. „Apokryf” stara się uchwycić właśnie ten moment i pokazać zarówno zapomniane powstanie, jak i anatomię narodzin nienawiści pomiędzy dziećmi tego samego Boga.
Nieco na marginesie, w galerii postaci drugoplanowych możemy dostrzec pierwsze symptomy odchodzenia świata starożytnego. Przynajmniej ja tak odczytuję, mocno podkreśloną laicyzację rzymskiej elity, czy ciekawie nakreśloną postać cesarza Hadriana, który zaczynając z dobrymi intencjami, kończy jako despota unicestwiający całe narody, a niepokornych senatorów przymuszając do samobójstwa. U podstawy jednak leży odejście od moralności i religii. Choć z drugiej strony wszystkie wielkie ruchy społeczne i religie mają swoją dynamikę. Egipcjanie czcili swoich bogów przez trzy i pół tysiąca lat. Dziś, poza garstką archeologów i nauczycieli historii nikt już o nich nie pamięta. Bogowie greccy i rzymscy pozostali z nami głównie dzięki nazwom planet i literaturze. Nordycki panteon uratowała przed zapomnieniem XIX-wieczna opera. Imion słowiańskich bogów, poza może Światowidem, niemal nie znamy, a w muzeach nie ma ich posągów – pod tym względem, w przeciwieństwie do Greków, czy mieszkańców Italii, lub Skandynawii, mamy wykasowaną pamięć. Z kart historii zniknęła też jednak potężna religia, która w pierwszych wiekach naszej ery omal nie stała się najpotężniejszym kultem cesarstwa rzymskiego. Z dobrego źródła wiem, że Wojciech Dutka przywróci ją naszej pamięci w drugiej części swojej antycznej trylogii. Czekam z niecierpliwością, bo Dutka to pisarz, który lubi wsadzać kij w mrowisko i opisywać pewne zjawiska jako pierwszy. Jeżeli mam dobrych informatorów, to już wkrótce czeka nas kolejna literacka uczta.   

Wojciech Dutka, Apokryf, Wydawnictwo Lira 2021

O autorze

Sergiusz Pinkwart

Dziennikarz, podróżnik, pisarz. Z wykształcenia muzyk klasyczny. Przez 15 lat był szefem działów zagranicznych w magazynach Viva!, Gala i miesięczniku PANI. Autor ponad 20 książek i przewodników m.in. dla National Geographic. Laureat Nagrody Magellana. Komentator tematyki turystycznej w radiu i TV.