Książki

Bractwo Mandylionu. Książka na nowe Średniowiecze

Epidemia pustoszy świat. Równe szeregi Żołnierzy Chrystusa zapełniają place miast, prezentując swoje miecze i różańce. Heretycy, muzułmanie, pogromy, terroryści, spiski i tajemnice międzynarodowej polityki. Czytam „Bractwo Mandylionu” Wojciecha Dutki równocześnie przeglądając współczesne gazety. I odnoszę wrażenie, że choć przez ostatnie osiemset lat zmieniło się wszystko, to nie zmieniło się nic.

Historia – jak głosi popularna łacińska maksyma – jest nauczycielką życia. A pisarz Wojciech Dutka jest nauczycielem historii. Dlatego profetyczność jego prozy zupełnie mnie nie dziwi. Instynkt pisarski kazał mu podjąć ten temat wiele lat temu (proces od pomysłu do powieści to nie jest sprint, a raczej maraton). Jednak czytanie „Bractwa Mandylionu” dzisiaj może nam sporo wytłumaczyć z zawiłości świata XXI wieku.

Choć nie sądzę, by akurat taka była intencja autora. Wojciech Dutka po prostu kocha Średniowiecze i wcale się z tą fascynacją nie kryje. Kocha też i zna literaturę, dlatego czytanie jego książek to nieustanna zabawa w chowanego i tropienie literackich kontekstów. „Bractwo Mandylionu” to swego rodzaju podwójna powieść drogi, w której obserwujemy intelektualny rozwój bohatera od młodości aż po kres życia, a równocześnie wraz z nim przemierzamy cały ówcześnie znany świat, od deszczowej Anglii, po spaloną słońcem Ziemię Świętą. Trzecia podróż, to literacka wycieczka do biblioteki i ukłony rozdawane innym autorom i ich książkom. Przy czym nigdy nie wiemy, czy aluzje i asocjacje nie są jedynie zbiegiem okoliczności i efektem naszej własnej wyobraźni. Choć przecież każdy kto miał w ręku „Imię Róży” Umberto Eco uśmiechnie się, gdy na kartach powieści Dutki pojawia się w klasztorze benedyktynów bibliotekarz o imieniu Malachiasz. Debata w alpejskim klasztorze St. Gallen to też ukłon w stronę włoskiego mistrza i założę się, że autora korciło, by gdzieś w stallach mrocznego prezbiterium posadzić Wilhelma z Baskerville. Choć akurat jeśli chodzi o Umberto Eco, to tropy wiodą też do „Baudolino” – powieści najbliższej czasowo i tematycznie „Bractwu Mandylionu”.

Ale choć w swojej głównej warstwie narracyjnej, podobnie jak w „Baudolino” towarzyszymy bohaterowi w niezliczonych przygodach podczas III i IV krucjaty (oraz równie tragicznej krucjaty przeciwko langwedockim katarom), to nie jest to przecież czytadło z gatunku płaszcza i szpady. Raczej, jak w filmach Scorsese, chodzi o ponadczasowe dylematy moralne i problem zemsty i odkupienia.

Główny bohater powieści Dutki to normański Anglik – Geoffrey de Melville. Swoją drogą ciekawe, czy wzorem Umberto Eco Dutka daje nam za pomocą imion wskazówki gdzie szukać klucza do postaci? Byłby to amerykański pisarz Herbert Melville, autor „Moby Dicka” – powieści o zaciekłej pogoni kapitana Ahaba za białym wielorybem, któremu poprzysiągł zemstę za okaleczenie? A może chodzi o Geoffreya de Monmouth, XII-wiecznego kronikarza i autora manuskryptu „Historia Regum Britanniae”? Albo o obu na raz? Mamy prawo myśleć co chcemy, bo książka napisana i opublikowana często odrywa się od intencji, które przyświecały autorowi i zaczyna żyć swoim życiem, w umysłach czytelników.

A sześćset bitych stron prozy Wojciecha Dutki, daje sporą pożywkę dla miłośników Średniowiecza w czasach największego rozkwitu kultury rycerskiej. Jedyne co można byłoby zarzucić autorowi, to drobiazgowe wykorzystywanie każdej historycznej okazji, by uczynić z Geoffreya de Melville świadka wiekopomnych wydarzeń. W Anglii – uczestniczy (nieco wbrew swej woli) w zabójstwie prymasa Tomasza Becketa, w Langwedocji żeni się z siostrą przywódcy katarów, w Niemczech zwycięża w turnieju rycerskim i zyskuje przyjaźń cesarza Fryderyka Barbarossy, z którym rusza na III krucjatę, wyciąga z opałów Ryszarda Lwie Serce, bije się z Saladynem, popełnia zbrodnie wciągnięty w wieloetapową zemstę z przywódcą sekty asasynów, zostaje greckim mnichem, a potem templariuszem, bierze udział w weneckim karnawale, uczestniczy w złupieniu Konstantynopola, spiskuje w Rzymie, bije się z katarami w Tuluzie i szturmuje Béziers, na własne uszy słysząc legata papieskiego wypowiadające najstraszniejsze bluźnierstwo w dziejach chrześcijaństwa: „Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”.

Przemierza konno, łodzią i pieszo Anglię, Francję, Prowansję, Langwedocję, Alpy, Italię, Cesarstwo Bizantyjskie, Outremer, by w końcu dotrzeć do ciemnej Doliny Aosty (przypadek, że to tereny blisko ukochanej Alessandrii Umberto Eco?). Czy to nie za dużo jak na jednego, dwunastowiecznego Anglika? Może i dużo, ale jeśli by towarzyszył królowi Ryszardowi Lwie Serce, mógłby „zwiedzić” jeszcze więcej. Bo XII-wieczny świat z perspektywy Europejczyka (zwłaszcza zachodniego) to niezwykłe połączenie otwartych granic i małych ojczyzn. Pod wieloma względami przypominać może Unię Europejską. Też mamy jeden wspólny język łączący wszystkich ludzi w miarę wyedukowanych, a także wspólną, scalającą narody ideę. Choć każda nacja, a nawet niekiedy i miasto, ma swój system wartości, praw, a przede wszystkim interesów – często odmiennych od sąsiadów. Do tego dodajmy ogromny postęp techniczny i rozkwit irracjonalnej duchowości. Brzmi znajomo? To dlatego ekspert Instytutu Jagiellońskiego Grzegorz Lewicki obwołał nasze czasy „Nowym Średniowieczem” (esej z 10 lipca 2020 w GW).

Warstwa spirytualna jest chyba najmocniejszą stroną powieści Wojciecha Dutki. Historia utraty i odzyskania wiary dla absolwenta historii na lubelskim KUL to zagadnienie kluczowe. Bo w „Bractwie Mandylionu” Dutka wkłada w usta swego bohatera wiele bardzo mocnych słów, gdy krytykuje grzechy kościoła. Nie kryje fascynacji Dominikiem Guzmánem, założycielem zakonu braci kaznodziejów (swoją drogą postaci bardzo „franciszkowej” – choć obecny papież jest przecież jezuitą). Potrafi dość obrazowo pokazać kuszącą stronę herezji, docenić żarliwość wiary muzułmanów, czy piękno liturgii wschodniej. Ale Dutka nie pozwala swemu bohaterowi zerwać więzów łączących go z wiarą ojców. Do końca pozostanie wierny rzymskiemu katolicyzmowi, choć kościół, do którego tęskni – otwarty na człowieka, ból i cierpienie – pozostanie w sferze marzeń.

Życie bohaterów „Bractwa Mandylionu” to nieustanna walka, jak nie z otwartymi wrogami, czy skrytobójcami, to z własnymi grzechami i losem, odbierającym im szczęście. Kobiety w powieści pojawiają się przelotnie, na krótko i właściwie niemal wyłącznie w roli ofiar przemocy i opresji. Czuję czytelniczy niedosyt, że interesująco zapowiadający się wątek miłości do katarskiej mistyczki, szybko został przez autora zduszony. No, ale samotność była Geoffreyowi de Melville potrzebna, by mógł w całości poświęcić się sprawom wagi państwowej, oraz prywatnym wendetom. Celowo nie zamierzam omawiać głównego wątku powieści, ale zapewniam, że wykształcenie i historyczna pasja Wojciecha Dutki sprawiają, że o najświętszej relikwii chrześcijaństwa, z punktu widzenia wiary znacznie ważniejszej od świętego Graala – pisze fantastycznie.

Jeśli chodzi o konstrukcję i język powieści, „Bractwo Mandylionu” przypomina mi nieco wspomnienia Jeana de Joinville („Czyny Ludwika Świętego króla Francji”). Gdy autora ponosi polemiczny Pegaz, czyta się to naprawdę wartko, połykając kolejne rozdziały. Akcja wyhamowuje na dialogach, które surowy redaktor – jak podejrzewam – nieco za mocno wygładził. Bohaterowie nawet w czasie wyczerpujących pojedynków na dwuręczne miecze, przemawiają do siebie z dworską kurtuazją, pełnymi zdaniami, nie zapominając wołaczach.

To zawsze srogi dylemat dla autora – wygładzać? Archaizować? A może wzorem Andrzeja Sapkowskiego i jego niezliczonych naśladowców, decydować się na zgrzytliwe anachronizmy okraszane szczyptą rubasznej wulgarności? Zmagał się z tym problemem już mistrz Henryk Sienkiewicz, który zdecydował się na archaizowanie dialogów w „Krzyżakach” za pomocą gwary podhalańskiej (na przełomie XIX i XX wieku uważano, że górale są turbo-Polakami, a nie jakimiś przybyszami z Wołoszczyzny). 

Jeśli w niespokojnych czasach pandemii dopadnie was lockdown, czy kwarantanna, „Bractwo Mandylionu” Wojciecha Dutki może solidnie zapewnić wam oderwanie się od bieżących problemów na kilka dni. Książek po 600 stron nie pisze się dziś tak wielu. A jak mówił Cyceron historia magistra vitae est. Dlatego książki historyczne się nie starzeją, a z czasem, jak dobre wino, jedynie nabierają mocy.

Wojciech Dutka
Bractwo Mandylionu
Wydawnictwo Lira 2020
 

O autorze

Sergiusz Pinkwart

Dziennikarz, podróżnik, pisarz.
Z wykształcenia muzyk klasyczny. Był szefem działu zagranicznego w magazynach Viva!, Gala i miesięczniku PANI. Autor kilkunastu książek, m.in. „Gambia. Kraina uśmiechu”, „Cień Kilimandżaro”, „Tata reporter” dla wydawnictw National Geographic, Albatros i Akapit-Press. Współpracuje z Polskim Radiem, TVP2 i TVN24. Jest przewodnikiem po Muzeum Narodowym w Warszawie.