Kierunki

Do Szwajcarii mimo pandemii

Pod koniec sierpnia 2020 r. wybraliśmy się – ja, moja żona i nasz 11-letni wnuk Wojtek – do Szwajcarii, a przy okazji i do Francji. Pandemia trwała wtedy tak jak i dziś, więc być może nasze doświadczenia i wrażenia z tej eskapady okażą się przydatne dla osób, które tego lata zamierzają się udać do pięknego kraju Helwetów. 

Kolejową podróż po Szwajcarii planowaliśmy od dawna. Koniecznie kolejową – bo Szwajcaria to pod tym względem fenomen jedyny w swoim rodzaju. Nie ma na Ziemi innego kraju, może z wyjątkiem Nepalu, który mniej niż Szwajcaria nadawałby się do budowania linii kolejowych. I nie ma innego, w którym sieć kolejowa byłaby tak gęsta i tak sprawnie działająca. Chcieliśmy więc zaznać uroków podróżowania szwajcarskimi pociągami wśród alpejskich szczytów – ale dotychczas brakowało albo czasu, albo kasy, a najczęściej jednego i drugiego. Udało się w 2020 r. – paradoksalnie, w jakimś stopniu dzięki koronawirusowi, który sprawił, że w Szwajcarii było nieco mniej przyjezdnych niż zwykle, zaś ceny usług turystycznych lekko spadły. Pojechaliśmy więc w trójkę. 

Zaczęło się od znalezienia pod koniec czerwca 2020 r. w internecie w miarę tanich biletów z Okęcia do Bazylei i z powrotem: wylot 20 sierpnia o godz. 12.35 , powrót z Bazylei do Warszawy 27 sierpnia o 15.10. Cena łączna za 3 osoby: 1444 zł.

Wspomniana mniejsza liczba zagranicznych gości w Szwajcarii była o tyle istotna, że zależało nam na podróży słynnym Glacier Expressem, najsłynniejszym pociągiem Europy: ekspresem lodowcowym z panoramicznymi, widokowymi oknami, przemierzającym w osiem godzin alpejską linię kolejową między St. Moritz, a Zermatt. To jedna z największych atrakcji turystycznych już nie tylko Szwajcarii, lecz i całego świata. Akurat w 2020 r. minęło równo 90 lat od uruchomienia Glacier Expressu. 

Bilety i miejscówki na Glacier Express można rezerwować na stronie internetowej www.glacierexpress.ch z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. W poprzednich latach już po kilku dniach niemal wszystkie miejsca były wyprzedane. Ci, co reagowali zbyt późno i chcieli kupić bilety np. na 70 czy 80 dni przed przyjazdem, już mieli trudności. Wtedy zostawały tylko nieliczne, pojedyncze miejsca w niektórych wagonach, z reguły te dalej od okna (co utrudnia obserwowanie krajobrazów) i oczywiście w pierwszej, droższej klasie.

Linie kolejowe prowadzą przez najpiękniejsze zakątki Szwajcarii.

Tak więc, w normalnych warunkach, gdybyśmy w czerwcu, po kupieniu biletów do Bazylei,  zaczęli szukać miejsc w Glacier Expressie, to wolne miejsca byłyby najwcześniej na drugą połowę września. Ale ubiegły rok z powodu pandemii nie był normalny. Wprawdzie w drugiej klasie nie udało nam się znaleźć w interesującym nas terminie trzech miejsc obok siebie w jednym przedziale – turystów było wprawdzie mniej, ale nie na tyle, by w sierpniu w II klasie Glacier Expresu było aż tak luźno – jednak w pierwszej, droższej klasie bez kłopotu mogliśmy zarezerwować trzy sąsiadujące miejsce (dwa przy oknie), na dzień  22 sierpnia.  

W tym okresie bilet pierwszej klasy na przejazd Glacier Expressem z St. Moritz do Zermatt kosztował dla osoby dorosłej 268 franków. Zamierzaliśmy przejechać odcinek trochę krótszy, z Chur do Zermatt, stanowiący około trzy czwarte całej trasy ekspresu lodowcowego. Cena biletu byłaby więc nieco niższa, ale nie sprawdziliśmy tego, bo wybraliśmy inny wariant cenowo – biletowy. 

Ponieważ po Szwajcarii zamierzaliśmy podróżować wyłącznie komunikacją publiczną – czyli w naszym przypadku głównie  pociągami (zdarzył się też statek oraz miejskie autobusy i tramwaje) –  i codziennie być w innym miejscu, to bardzo racjonalny okazał się zakup biletów Swiss Travel Pass dla naszej trójki.  

Swiss Travel Pass (może być I albo II klasy) pozwala na podróżowanie bez dodatkowych opłat prawie wszystkimi środkami komunikacji publicznej, oraz zwiedzanie za darmo prawie wszystkich muzeów. Prawie, bo w niektórych przypadkach, mimo posiadania STP trzeba kupić bilet – ale wtedy przysługuje 50-procentowa zniżka. Tak jest np. w przypadku pociągu Gornegrat jadącego pod sam Matterhorn. Cena biletu na Glacier Express jest wprawdzie w 100 proc. objęta Swiss Travel Passem ale ze względu na popularność tego ekspresu, konieczny jest zakup miejscówki. Także w niektórych muzeach (np. w muzeum transportu w Lucernie) należy dokupić bilet za pół ceny. 

Generalna zasada jest jednak następująca: masz Swiss Travel Pass – nie musisz kupować żadnych biletów na pociąg, autobus, statek, a także na komunikację miejską w 75 największych miejscowościach Szwajcarii. Masz także wstęp wolny do około 500 muzeów.

Swiss Travel Pass można nabyć przez Internet, wydrukować w domu i zabrać ze sobą. Można też dokonać zakupu na miejscu w Szwajcarii, najlepiej w punkcie informacji turystycznej albo na dworcu z którego będziemy odjeżdżać: w kasie biletowej bądź w biurze szwajcarskich kolei SBB. Płatność kartą albo gotówką. STP może być wykupiony na 3, 4, 8 albo 15 kolejnych dni. Jest ważny razem z paszportem.

My wybraliśmy wersję czterodniową w pierwszej klasie: dwa STP dla dorosłych oraz Enkel-card dla 11-latka, kartę przeznaczoną jak sama nazwa wskazuje, dla wnuków podróżujących pod opieką dziadków i dającą takie same możliwości jak STP. Pierwsza, a więc droższa klasa była koniecznością, bo w wagonach Glacier Expressu nie było w sierpniu wolnych miejsc drugiej klasy. Jeden Swiss Travel Pass dla osoby dorosłej dostałem w Polsce od biura Switzerland Tourism, drugi oraz Enkel-card kupiliśmy już w Szwajcarii. 

Mimo, że to był sierpniowy szczyt sezonu, w pierwszej klasie Glacier Expressu panowały pustki.

Następnym krokiem był zakup przez Internet trzech miejscówek na I klasę Glacier Expressu, z Chur do Zermatt w dniu 22 sierpnia 2020 r.  Zapłaciliśmy za nie w sumie 147 (3 x 49) franków.  Wydrukowaliśmy miejscówki, potem zabraliśmy się za kupno obiadu. Można opłacić potrawy wybrane z karty, ale tańszą opcją jest wykupienie dania dnia, mięsnego bądź wegetariańskiego. W pociągu okaże się, co to takiego. Niższa cena plus element niespodzianki sprawiają, że decydujemy się na danie dnia (mięsne): 96 franków za trzy osoby.  

Trzeba jeszcze zarezerwować i opłacić w sieci noclegi w hotelach w Szwajcarii oraz we Francji. Bez większego kłopotu znajdujemy miejsca w dość tanich hotelach w Bazylei, Chur, Lucernie i Miluzie (Francja). Szukamy tych blisko dworców kolejowych. Tylko z Zermatt jest kłopot. Nie dość, że to droga miejscowość, to w czerwcu, w relatywnie tańszych hotelach nie było już wolnego pokoju na sierpień. Trudno, płacimy za czterogwiazdkowy.

20 sierpnia 2020, godz. 11. Nie musieliśmy robić testów, ale to, że podróżujemy w czasie pandemii, było widać już przy wejściu na odloty (na Okęciu). W drzwiach pawilonu trzeba pokazać strażnikom boarding card, kamera filmuje każdego wchodzącego. Komunikaty mówią o potrzebie zachowania odstępu, ale w poczekalni po odprawie wszyscy się tłoczą, tym bardziej, że w ramach walki z koronawirusem usunięto stamtąd większość ławek. Gdy czekamy w kolejce do wyjścia przed bramką, pani z Wizzaira uznaje, że mam za dużą walizkę. Nie pomagają tłumaczenia, że z tą samą walizką wchodziłem bez problemów do samolotu podczas wszystkich poprzednich lotów Wizzairem. Muszę dopłacić  116 zł, mrucząc pod nosem: nigdy więcej podróży tą linią. 

Sam lot do Bazylei bez wrażeń, trzeba było tylko wypełnić szwajcarski covidowy kwestionariusz, podając swoje dane oraz to, gdzie i jak długo będzie się przebywać w Szwajcarii (nikt nigdy go potem od nas nie żądał, przyjechaliśmy więc z nim do Polski). W samolocie oczywiście siedzieliśmy w maseczkach. 

Bazylea wita nas 30-stopniowym upałem, pojawiają się palmy (niewielkie) i bambusy (w ziemi, nie w doniczkach). Znawcy radzą, żeby od razu wyłączyć transmisję danych w telefonie, bo nawet jak się nie rozmawia, można stracić parę tysięcy złotych – i polską kartę zastąpić szwajcarską. Nie umiem wyłączyć transmisji danych, ale 11-latek pomaga. Ponieważ nigdzie nie widzę miejsca, w którym mógłbym kupić szwajcarską kartę, na wszelki wypadek przez cały czas tej podróży zostaję z wyłączoną transmisją danych.  

Z lotniska jedziemy autobusem nr. 50 na dworzec kolejowy, bo niedaleko niego jest nasz hotel Ibis Styles (3 gwiazdki). Bilety są z prostego w obsłudze automatu na przystanku, 16 franków za trzy (jeden ulgowy).  Musimy je kupić, bo nasze czterodniowe Swiss Travel Passy są na dni 21 – 24 sierpnia. Nie mamy mapy miasta, na lotnisku nigdzie nie leżała,  a informacja turystyczna na dworcu nieczynna (jest po 16). Na szczęście w Warszawie sfotografowałem fragment planu Bazylei na ekranie komputera, więc docieramy do hotelu bez kłopotów. 

Nasz pokój w Ibis Styles kosztuje 150 franków (doba ze śniadaniem dla dwojga dorosłych i 11-latka) plus 8 franków taksy turystycznej. Razem w złotówkach, wedle kursu z sierpnia 2020 r. to 643 zł. Plusem tego hotelu jest to, że karta hotelowa uprawnia do darmowych przejazdów po Bazylei. Drugi plus to darmowa kawa i herbata w dowolnych ilościach, w hollu hotelowym. Minusem jest zaś brak w pokoju papierowych kapci (przydatnych jak się wychodzi spod prysznica). Nie ma też czajnika, ale zabraliśmy z Polski składany czajnik turystyczny i wtyczkę-przejściówkę pasującą do szwajcarskich gniazdek, więc nie musimy po herbatę i kawę zjeżdżać na dół.  

Pijemy herbatę, dojadamy zabrane z Warszawy kanapki, a potem na przystanku przy hotelu wsiadamy w autobus 42 i jedziemy do muzeum Jeana Tinguely’ego. Zgodnie z szwajcarskimi przepisami, w środkach komunikacji publicznej maseczki są obowiązkowe, na ulicach – można bez. 

Nasza karta hotelowa, będąca dowodem tego, że oficjalnie przenocowaliśmy w Bazylei, daje nam 50 proc. zniżki na muzea, więc za bilety płacimy 2 razy po 9 franków (wnuk za darmo). 18 fr warto było wydać, bo nagromadzenie tylu ogromnych rzeźb-maszyn w jednym miejscu robi niezwykłe wrażenie. W dodatku po niektórych można chodzić (są specjalne drabinki i pomosty). Prawie wszystko tam jest ruchome, wystarczy nacisnąć guzik, a rzeźby zaczynają dzwonić, brzęczeć, trąbić, kręcić kółkami, trybami i czym tylko mogą. Uroku tego muzeum dopełniają kolorowe rzeźby pięknej Niki de Saint Phalle, żony Tinguely’ego.

Po odwiedzeniu muzeum idziemy do centrum Bazylei wzdłuż Renu. Na otwartej przestrzeni maseczki nie są obowiązkowe, więc nikt ich nie nosi. Gorąco, dla ochłody kupujemy lody (1 kulka – 3 franki). Szwajcarzy cenią aktywność, ruch i kondycję fizyczną. Mogliśmy to dobrze zaobserwować właśnie w Bazylei. Rozległe, zielone łąki nad Renem pokazują imponujący przykład aktywności Szwajcarów, którzy nie tylko opalają się na brzegu rzeki lecz masowo biegają, jeżdżą rowerami i hulajnogami, gimnastykują się, grają w piłkę, w bule, w pingponga, wspinają się na drzewa, prezentują amatorskie koncerty muzyczne na rozmaitych instrumentach, pływają w Renie  – słowem, co tylko chcesz. I to po południu w dzień powszedni (czwartek).  Nie ma tam tylko nadwiślańskich ogródków piwnych z naszymi  tłustymi łysolami.  

W Bazylei zaskoczyło nas także powszechne wykorzystanie Renu (czystego, z którego nurtu usunięto podwodne przeszkody), jako środka transportu osobistego. Ludzie pakują ciuchy do hermetycznego plastikowego worka, wchodzą z workiem do Renu, płyną z prądem jak długo chcą, wychodzą na brzeg, przebierają się – i idą do swych zajęć. Trochę żal, że nawet w najgorętsze lata nigdy nie będzie to możliwe w przypadku Wisły. 

Bardzo ekologiczny rodzaj transportu – spływanie Renem z ubraniami w hermetycznych workach.

Na bazylejskiej starówce Szwajcarzy chętnie imprezują, popijając wino i brodząc w zabytkowych, nawet ponad dwustuletnich fontannach – co nikomu tam nie przeszkadza (więc i Wojtek chętnie brodził). Woda tryskająca z fontann jest z reguły zdatna do picia, zaś w Sylwestra z jednej z nich zamiast wody, płynie właśnie wino (musujące). Największe wrażenie robi jednak słynna fontanna Tinguely’ego z 1977 r., w której wodę pompują rozmaite wymyślne maszyny, skontruowane przez artystę. Akurat woda z niej płynąca nie nadaje się do picia, a do fontanny nie można wchodzić, by nie uszkodzić mechanizmów. 

Na kolację dojadamy kanapki i kiełbaski przywiezione z Polski – i szybko spać.  Dzień 21. sierpnia zaczynamy od godziwego śniadania hotelowego, potem ruszamy na dworzec kolejowy. Tam, w biurze szwajcarskich kolei SBB kupujemy drugi Swiss Travel Pass dla osoby dorosłej (za 429 franków), a dla 11-letniego wnuka Enkel-card (cena tylko 32 franki). Przeżywamy krótki stress, bo karta z PKO BP nie chce zadziałać (dlatego za granicą trzeba mieć przy sobie gotówkę), ale uprzejma obsługa nie robi problemów i kieruje nas do innego terminala, w którym wszystko już jest OK. Nie musimy się śpieszyć, pociągi z Bazylei do Zurychu jeżdzą średnio co 45 minut, więc jak ucieknie nam jeden, pojedziemy następnym. Od tej pory kontrolerom w pociągach pokazujemy nasze Swiss Travel Pasy i Enkel-card.

Odjeżdżamy o 10.26, po godzinie jesteśmy w Zurychu. Najpierw – do przechowalni bagażu. Karta PKO BP znowu nie chce działać, więc do automatycznego zamka wrzucamy monety (zaletą Szwajcarii jest to, że wszędzie można płacić również gotówką) i zostawiamy walizkę oraz plecak. W dworcowej informacji turystycznej życzliwa pani ofiarowuje nam plany miasta i zaznacza linie tramwajowe, jakimi dojedziemy w interesujące nas miejsca (przejazdy już darmowe w ramach Swiss Pass Travel). 

Osiemnastowieczne fontanny w Bazylei to miejsca spotkań towarzyskich – i nikomu to nie przeszkadza.

Najpierw jedziemy do Muzeum Piłki Nożnej FIFA (siedzibą tej piłkarskiej centrali jest właśnie Zurych). Wstępy dla całej naszej trójki darmowe, w ramach STP. Muzeum, które skończyło  w tym roku dopiero pięć lat, przynosi miłe zaskoczenie, bo nie jest to bynajmniej nudny zbiór gablot pełen starych zdjęć i dokumentów.  Ponad 150-letnia historia futbolu opowiedziana jest interaktywnie, zwiedzający może wcielić się w komentatora jakiegoś słynnego meczu, wirtualnie znaleźć się w tłumie na stadionie, zwycięsko unieść w rękach Puchar Świata, czy zagrać na wielkich flipperach za pomocą kopania prawdziwych futbolówek (co szczególnie podobało się Wojtkowi). Atrakcją są też relacje z meczów o mistrzostwo świata – a także wybór innych, najciekawszych oraz najważniejszych meczów eliminacji i finałów mistrzostw. Można więc obejrzeć w akcji reprezentacje narodowe większości państw, z bodaj jednym tylko wyjątkiem – Polski. Z niewiadomych powodów na tej liście nie ma bowiem żadnych meczów naszej narodowej reprezentacji, i to ze wszystkich mistrzostw świata, nawet tych z 1974 i 1982.

Następne, również darmowe w ramach STP, jest Muzeum Zabawek. Niezbyt duże, bardziej tradycyjne, ale mające wiele uroku, bo fajnie oglądać metalowe zabawki z czasów swego dzieciństwa czy wczesne modele kolejek elektrycznych. 

Potem jeszcze wjeżdżamy (podróż wprawdzie krótka, tylko dwie minuty), otwartą ponad 130 lat temu kolejką Polybahn na wzgórze z gmachem Politechniki – żeby z najwyższego punktu w centrum miasta spojrzeć na Zurych. Do Polybahnu bardzo jest podobna kolejka na Górę Parkową w Krynicy, także zresztą zbudowana przez firmę ze Szwajcarii.

Wracamy na dworzec kolejowy, jest jeszcze czas na ciepły posiłek w którymś z licznych barów z kebabami i gyrosami. Zabieramy bagaż z przechowalni i o 18.06 ruszamy z Zurychu do Chur międzynarodowym ekspresem dużej szybkości ICE, jadącym aż z Hamburga. Trasa piękna widokowo, pocztówkowe krajobrazy: jezioro, góry, lasy. Na miejscu jesteśmy o 19.30.

Chur to ważny węzeł kolejowy, pociągi jeżdżą nawet jedną z ulic miasta niczym tramwaje (których zresztą w Chur nie ma). Stąd następnego dnia rozpoczniemy naszą podróż Glacier Expressem, ale na razie idziemy – 10 minut pieszo – do funkcjonującego od 1793 r. hotelu Trzech Króli (i 3 gwiazdki) położonego w zabytkowej kamienicy w samym środku starówki. Nasz pokój kosztuje 150 franków, bez śniadania. Zamiast niego, rano 22 sierpnia zjadamy kanapki z produktów kupionych w Zurychu. 

W recepcji dostajemy mapkę miejscowości. Pierwszy punkt programu to Muzeum Sztuki, kilka minut spaceru od hotelu (wstęp wolny w ramach STP). Choć muzeum jest  lokalne, ma prace kilku znanych twórców takich jak Camille Corot, Angelika Kauffmann (urodzona w Chur) czy obrazy i rzeźby czterech Giacomettich (wszyscy pochodzą z Gryzonii, której stolicą  jest właśnie Chur). Ale z pewnością najlepiej zapamiętamy wystawę niezwykle wiernie wyrzeźbionych… kupek (wyglądających na ludzkie) różnego kształtu i wielkości, w naturalnych kolorach.

Z muzeum ruszamy na dworzec. Tabliczki wskazują na którym peronie zatrzymuje się  Glacier Express, więc nie sposób zabłądzić – tor nr. 11. Przy innym peronie rozpoczyna trasę  Bernina Express, transalpejski pociąg turystyczny kursujący do włoskojęzycznego Poschiavo i Tirano (już za włoską granicą).

 Razem z nami na Glacier Expres czeka spora grupa Szwajcarów, raczej w dojrzałym wieku. Godz. 12.20 – wjeżdża nasz pociąg. Czerwony elektrowóz, czerwono – białe wagony. No i najważniejsze: wielkie okna panoramiczne, zajmujące część sufitu. Czekający z nami Szwajcarzy zajmują wagony II klasy, gdzie robi się już ciasno. 

Widoki z okna Glacier Expressu zapierają dech w piersiach.

Pokazujemy konduktorowi Swiss Travel Passy i miejscówki, wskazuje nam fotele w I klasie. W całym naszym wagonie niemal pusto, ale siedzimy w maseczkach. Oprócz naszej trójki jadą tylko dwie osoby, bliżej Zermatt dojdą jeszcze dwie. Oto skutek pandemii, ktora uniemożliwiła azjatyckim turystom przyjazd do  Szwajcarii. Ruszamy, niezbyt szybko, jak przystało na najwolniejszy ekspres świata. Nasz wnuk idzie do toalety i wraca zdumiony. W takim miejscu jeszcze nie widział marmurów. My też nie. Nie znaczy to jednak, że nasz wagon jest urządzony z przepychem, jak np. wagony indyjskiego Pałacu na Kołach czy południowoafrykańskiej Dumy Afryki (oba odziedziczone po Anglikach). Najlepiej można go określić jako komfortowy i elegancki, ale skromny. 

Wygodne, regulowane fotele są ustawione parami naprzeciw siebie. Pomiędzy nimi stoły z opuszczanymi częściami blatów Po drugiej stronie wagonu jest tylko jeden rząd foteli.  Nad fotelami – ekrany  gdzie wyświetlane są filmy poświęcone Glacier Expressowi oraz aktualna prędkość pociągu i wysokość na jakiej się znajduje. Jest naturalnie wi-fi, można naładować laptop czy telefon, a w słuchawkach podłączanych do pociągowego „radiowęzła” na jednym z kanałów bez przerwy leci szwajcarska muzyka ludowa (oczywiście z jodlowaniem), a na kolejnym szwajcarski pop. Muzyka jest przeplatana informacjami o trasie pociągu i mijanych właśnie miejscach – zależnie od kanału, po niemiecku, angielsku, francusku, włosku i chińsku. Ale tym razem w Glacier Expressie nie ma ani jednego turysty z Chin, Hongkongu czy Tajwanu.

Wkrótce podnosimy blaty naszego stołu, bo kelnerzy rozwożą obiad (z powodu pandemii wagon restauracyjny jest wyłączony). Daniem dnia okazuje się potrawka z indyka (Geschnetzeltes – jedno z tradycyjnych dań szwajcarskich) z ryżem i duszonymi warzywami, podana na eleganckiej zastawie. Porcje solidne, ledwo dajemy radę przejeść. Za wodę, kawę, herbatę i wino dopłaca się na miejscu. 

Glacier Express po raz pierwszy ruszył w trasę pomiędzy Zermatt (1604 mnp) i St. Moritz (1775 mnp) w dniu 25 czerwca 1930 r. Pomysł połączenia kolejowego dwóch słynnych kurortów zainspirował też Polaków. Dwa lata później uruchomiono w naszym kraju pociąg narciarski, nazywany „Narty,  dancing, brydż” który w sezonie zimowym łączył najważniejsze polskie kurorty narciarskie, zaczynając swą trasę w Wiśle, a kończąc w Siankach (dziś ta miejscowość jest na Ukrainie). 

Cała trasa Glacier Expressu liczy 291 kilometrów – i tyleż jest na niej mostów, oraz 91 tuneli. Ekspres zatrzymuje się na 9 stacjach. Najniżej położoną jest właśnie Chur (585 mnp) gdzie my rozpoczęliśmy podróż. 

Widoki są od samego początku oszałamiające. Jedziemy najpierw głęboką doliną górnego Renu, nazywaną szwajcarskim Wielkim Kanionem. Nurtem rwącej rzeki co i raz płyną pontony z miłośnikami raftingu. Pociąg jedzie w górę, strome ściany są czasem tak blisko, że tylko dzięki panoramicznym oknom widać ich szczyty. Tu Glacier Express musi już korzystać z trzeciej, zębatej szyny, pozwalającej na pokonywanie stromych wzniesień. 

Alpejskie szczyty robią szczególne wrażenie wtedy, gdy pociąg jest jeszcze na niższych wysokościach. W połowie drogi wspinamy się jednak na najwyższy punkt trasy, przełęcz Oberalppass (2033 mnp, 139 metrów wyżej niż wierzchołek Giewontu). Tam ekspres ma  zwykle postój na zrobienie zdjęć. Tyle, że akurat wjechaliśmy w chmurę i widoczność jest ograniczona, więc z okien widać tylko fragmenty hal alpejskich wokół nas. Pociąg nie robi zatem postoju – i zaczynamy jechać w dół. Wrażenia są niesamowite. Czasem, głęboko pod nami widzimy malutkie miasteczka z torami kolejowymi – i aż trudno uwierzyć, że to jest właśnie nasza trasa, gdzie zaraz się znajdziemy. Zostawiamy z boku przełęcz św. Gotharda i wjeżdżamy w najdłuższy tunel na trasie, położony pod przełęczą Furka. 

Najbardziej niezwykły jest jednak tunel między miejscowościami Fiesch i Moerel. To pełna pętla, wykuta w skale. Od stacji Brig (670 mnp.) znowu jedziemy w górę. Omijamy przełęcz Simplon i wkrótce wjeżdżamy do sanktuarium czterotysięczników. Pełnia lata, a z okien widać białe szczyty i lodowce. Po lewej stronie mijamy Lagginhorn (4010 mnp),  Nadelhorn (4327 mnp), Dom (4545 mnp), Rimpfischhorn (4199 mnp), a po prawej Weisshorn (4505 mnp), Zinalrothorn (4221 mnp.) i Dent Blanche (4357 mnp). Kwadrans po 18 docieramy do Zermatt blisko Matterhornu (4478 mnp), najsłynniejszego szczytu Europy. Musi tu bywać sporo Polaków, bo na ścianie dworca, wśród napisów powitalnych w kilku językach jest też nasze: „Witamy”. Rozglądamy się oczywiście za Matterhornem – widać go dobrze, ale leży  dalej niż Giewont od Zakopanego.  

Chwila wahania – czy zwiedzać Zermatt, czy może od razu z sąsiedniego peronu wsiąść do pociągu jadącego na Gornegrat (przysługuje nam 50 proc. zniżki na bilety). Pociąg ten kończy bieg na wysokości 3089 mnp (jadąc oczywiście po torze zębatym) i jest to najwyżej położona stacja kolejowa w Europie, usytuowana tak blisko Matterhornu jak to możliwe. Patrzymy jednak na zegarki i rezygnujemy.    

Zermatt to kurort skrojony na ludzką miarę, bez wielkich hoteli i jeszcze większych domów towarowych, które straszą w Zakopanem. No i przede wszystkim bez samochodów, które trzeba zostawiać w Täsch, kilka kilometrów od Zermatt, na zapewne największym parkingu w Szwajcarii. Po Zermatt niekiedy jeżdżą hotelowe minibusy i różne małe autka, ale wyłącznie elektryczne. Nie ma ich zresztą wiele, bo prawo do poruszania się elektromobilami mają tam niemal wyłącznie hotelarze i dostawcy. Nie powoduje to jednak żadnych problemów z dotarciem do miasteczka, a jego wąskimi ulicami przewalają się tłumy turystów – wydaje się, że głównie rodzimych, ale czasami słychać i język polski. Poniekąd to nic dziwnego, bo przecież według lingwistyczno-antropologicznej teorii Stanisława Szukalskiego, pierwsi Polacy przybyli nad Wisłę właśnie z Zermatt…

Było coś dla ducha, trochę trudniej z ciałem – a robimy się głodni, zwłaszcza, że na uliczkach Zermatt ciągle czuć smakowity zapach żółtego sera, topionego na raclette. Znalezienie sklepu spożywczego okazuje się niemożliwe, zwłaszcza że to sobota i już po godz. 18. Na szczęście jest McDonald. Kolejka przesuwa się szybko, kupujemy Filet-O-Fish, Mc Chickena i Mc Rösti (szwajcarska hamburgerowa specjalność z ziemniakiami). Wychodzi po ok. 3 franki na osobę, można oczywiście płacić gotówką. 

Okno Glacier Expressu. Przejazd przez krainę czterotysięczników.

Nocujemy w hotelu Beau Rivage (4 gwiazdki, 255 franków za pokój bez śniadania, plus 7,5 franka opłaty turystycznej), którego właścicielem jest Max Julen, mistrz olimpijski z Sarajewa (1984 r.) w slalomie gigancie. Okazuje się, że pokój, który rezerwowaliśmy został komuś wynajęty – ale przemiła szefowa recepcji, pani Ewa z Zakopanego, która zamieniła Tatry na Alpy, lokuje nas (bez żadnej dopłaty) w znacznie lepszym pokoju, bo z widokiem na Matterhorn. Chyba z godzinę spędzamy więc na balkonie, gapiąc się na ów groźny szczyt oświetlony  zachodzącącym słońcem i pogryzając „matterhornowskie” czekoladki Toblerone. Pokój ma jeszcze jedną zaletę – wielkie okno w dachu, dzięki któremu można spać pod gwiazdami. Śpimy zaś szybko, bo 23 sierpnia już o 8.37 mamy pociąg do Lucerny, naszego następnego celu.

Rano trochę się grzebiemy, ale z pomocą znowu przychodzi pani Ewa z Zakopanego, która wiezie nas elektrobusikiem na dworzec. Dojeżdżamy w kilka minut i zdążamy bez problemu. Tym razem wsiadamy nie do Glacier Expressu lecz do zwykłego pociągu regionalnego, acz jądącego przez jakiś czas tą samą trasą. Jest więc jeszcze okazja by popatrzeć na białe czterotysięczniki. Mamy aż trzy przesiadki: z Zermatt jedziemy do Göschenen, z Göschenen do Erstfeld, z Erstfeld do Flüelen i z Flüelen do Luzerny. Jest więc okazja do sprawdzenia, jak w praktyce funkcjonuje fenomen szwajcarskich kolei. 

Okazuje się, że nie mamy najmniejszych problemów. Dokładnie jest pokazane na jaki peron trzeba przejść, właściwy pociąg przyjeżdża po paru minutach, w każdym wagonie pierwszej klasy jest dużo wolnych miejsc. Niektóre pociągi nie są już najmłodsze. Zdarzył nam się i taki, w którym – nawet w pierwszej klasie – były w ubikacjach tradycyjne muszle klozetowe z dziurą w podłodze. Ale instalacje elektryczne zawsze były nowoczesne. Czymś niezwykłym są, zamontowane w każdym przedziale, guziki oznaczone napisem „Halt auf Verlangen” (przystanek na żądanie). 

Ponieważ w Szwajcarii kolej dociera niemal wszędzie, nawet do najmniejszych miejscowości, to stacje i przystanki są bardzo często. Żeby więc pociągi nie stawały na każdym z nich, niepotrzebnie tracąc czas i zużywając energię choć nikt nie wsiada ani nie wysiada, wprowadzono zatrzymywanie na żądanie –  przez naciśnięcie guzika. To element nieprzewidywalności w ruchu kolejowym, bo nigdy nie wiadomo na ilu przystankach będzie się musiał zatrzymać pociąg. Nie wpływa to jednak na ich regularność i punktualność. Aby zaś na pewno wszyscy rozumieli komunikaty płynące z głośników w wagonach i nikt nie czuł się wykluczony, to w Gryzonii wygłasza się je także po retoromańsku. W tym języku na codzień mówi najwyżej 25 proc. ludności tego kantonu (a poza Gryzonią – praktycznie nikt), zaś osoby mówiące po retoromańsku oczywiście rozumieją też niemiecki.

Po trzech przesiadkach i około sześciu godzinach podróży wysiadamy w Lucernie. Najpierw do hotelu: Ibis Budget, 113 franków za pokój. Chyba zasługuje na swą jedną gwiazdkę. Pokój mały, dwa  łóżka na dole, trzecie na górze w poprzek nad nimi, żadnych półek, brak czajnika elektrycznego (znów przydaje się nasz czajnik składany). Zostawiamy bagaże i idziemy do portu. Po drodze krótki przystanek na obiad w formie kebabu. Potem w ramach Swiss Travel Passu płyniemy za darmo w trzygodzinną wycieczkę statkiem po jeziorze Czterech Kantonów. Jezioro ma bardzo skomplikowaną linię brzegową, więc droga wodna to najszybszy (i najbardziej ekologiczny) środek komunikacji między nadbrzeżnymi miejscowościami. Statek, jak wagon kolejowy, też ma dwie klasy. Góry widziane z wody robią niezwykłe wrażenie, z jednej strony potężny Pilatus, z drugiej słynny masyw Rigi.

Po powrocie do Luzerny jest jeszcze czas na intensywne zwiedzanie tego sympatycznego miasta. Spacerujemy po kolejnych urokliwych rynkach, przechodzimy przez replikę Kapellbrücke (pieczołowicie odbudowanego po pożarze w 1993 r). Wspinamy się pod mury obronne i na wieżę z 16-wiecznym zegarem, skąd możemy podziwiać panoramę miasta z jeziorem i otaczającymi je górami. Miasto jest ciche, spokojne, turystów niewielu – to odmiana po pełnym ludzi Zermatt.

24 sierpnia wstajemy wcześnie, by z Lucerny jak najszybciej dojechać do Genewy. To ostatni dzień naszego czterodniowego Swiss Travel Passu, więc zamierzamy podróżować ile się da. Śniadanie w hotelu ekstra płatne, 11 franków od osoby – i bezmięsne (może dlatego, że to poniedziałek). Serami, twarogami i jajecznicą też jednak można się najeść. 

W pociągu do Genewy widzimy zabawne potwierdzenie stereotypów narodowościowych. Zajmujemy miejsca w środku wagonu, na jednym końcu siedzi włoska grupa rodzinna, na drugim hiszpańska. Obie grupy rozmawiają bez przerwy, w obu nieporównanie częściej słychać panie. Hiszpanki mówią ostrymi głosami, co czasem sprawia wrażenie jakby się kłóciły. Włoszki – oczywiście chrapliwymi i mocnymi. Różnica jest jeszcze taka, że Hiszpanie umieścili swe bagaże na półkach, a Włosi dla swej wygody ustawili je na korytarzu, nie przejmując się, że każdy kto przechodzi, musi je omijać. 

To może już banalne, ciągle powtarzać, że widoki z okna wagonu są niezwykłe – ale co zrobić, skoro pociąg jedzie tuż nad brzegiem jeziora Genewskiego, czasem niemalże wśród opalających się ludzi, a po drugiej stronie mickiewiczowskiej „wody wielkiej i czystej” góry skrzą się w słońcu.

Podróż trwa niecałe 3 godziny, około 11.30 jesteśmy w Genewie. Widać, że to francuskojęzyczna część Szwajcarii. Nie jest już tak sterylnie czysto jak w kantonach germańskich, w tramwajach i autobusach ludzie rozmawiają nieco głośniej, a przy kawiarnianych stolikach w środku dnia prawie sami mężczyźni, niekoniecznie w trzecim wieku. 24 sierpnia to poniedziałek, więc muzea zamknięte, nie obejrzymy też Wielkiego Zderzacza Hadronów. Ale gruntownie objeżdżamy Genewę tramwajami i autobusami, chodzimy po Starym Mieście, oglądamy siedzibę ONZ z anty-minowym Złamanym Krzesłem, podziwiamy piękne domy nad samym jeziorem. Wreszcie, idziemy na sam koniec pomostu i na wyciągnięcie ręki zbliżamy się do słynnej fontanny, wyrzucającej wodę aż na 140 m. Wiatr akurat lekko się zmienia i ku radości Wojtka (dzień jest gorący) natychmiast jesteśmy mokrzy. Wysychamy zanim dotrzemy na dworzec – bo po kilku godzinach spędzonych w Genewie, jedziemy do Bazylei. 

Nasz plan podróży przewiduje przesiadkę w Biel, więc chcemy zostać tam nieco dłużej i szybko zwiedzić to miasto zegarków. Zdarza się jednak rzecz w Szwajcarii niezwykła, ale i statystycznie nieunikniona przy tak dużym natężeniu ruchu kolejowego – nasz pociąg ma opóźnienie, które, jak precyzyjnie informują kolejne komunikaty w głośnikach, rośnie z 14 do 28 minut. W rezultacie, zamiast w Biel, pociąg kończy bieg dalej, w Olten – i tam właśnie mamy przesiadkę do Bazylei. Możemy oczywiście wrócić innym pociągiem do Biel, ale ostatecznie postanawiamy kontynuować podróż do Bazylei. Pociągi w Szwajcarii jeżdzą tak często, że nasze opóźnienie jest bez znaczenia, bo jak się nie zdąży na jeden pociąg,  zaraz przyjeżdża następny. 

Bazylea też jest jednak dla nas miejscem przesiadkowym. W ulicznym straganie kupujemy kolację – ciepłe buły z mięsem i warzywami – i z dworca Basel SBB idziemy na dworzec Basel SNCF (choć leży on w Szwajcarii, jest w istocie dworcem francuskim). Musimy kupić bilety, bo nasze Swiss Travel Passy obowiązują jedynie do granicy. Na tym dworcu nie ma jednak kasy, lecz tylko żółty automat biletowy. Nie wiadomo, gdzie wrzucić pieniądze czy przyłożyć kartę. Instrukcja na ekraniku każe nam pobrać aplikację na telefon, w tym momencie odpadamy, wracamy na dworzec Basel SBB, gdzie bez problemu kupujemy za franki bilet do Miluzy, potem znowu na dworzec Basel SNCF, do pociągu – i po niespełna pół godzinie jazdy jesteśmy w francuskiej Miluzie.  Do widzenia Szwajcario!.

W Miluzie śpimy w hotelu Ibis Budget koło dworca  (2 gwiazdki, pokój: 84 euro za dobę). Pokój skromny, trzecie łóżko piętrowe. Śniadań nie dokupujemy, zrobimy je z tego co kupimy w hipermarkecie. Tyle, że nie przywieżliśmy ze sobą euro, mamy wyłącznie franki szwajcarskie. No nic, zaraz je wymienimy. Schodzimy do recepcji hotelowej, gdzie w większości krajów zwykle są punkty wymiany walut. W naszym hotelu go nie ma, ale dziewczyna w recepcji, która trochę mówi po angielsku, radzi, by iść do sąsiedniego hotelu Ibis Styles.  Tam w recepcji pusto, lecz w hollu siedzi facet z drinkiem i papierosem, który mówi, że na pewno dokonamy wymiany na dworcu kolejowym. 

Idziemy więc na dworzec, zaglądamy wszędzie gdzie się da, ale żadnego kantoru ani automatu do wymiany walut nie znajdujemy. Pytamy w dworcowej wypożyczalni samochodów, pani mówi, że na dworcu to na pewno niemożliwe. A gdzie możliwe? W Banque de France – słyszymy. A gdzie jest placówka banku? W centrum – odpowiada niechętnie pani, niezadowolona, że ktoś zakłóca jej spokój (oprócz nas nikt nie zajrzał do tej wypożyczalni). Idziemy więc do centrum. Na ulicach, w porównaniu ze Szwajcarią, więcej ludzi w maseczkach. Po jakimś czasie rzeczywiście mijamy oddział Banque de France lecz zamknięty. No ale kiedyś przecież go otworzą. 

Idziemy dalej i trafiamy do informacji turystycznej. Dziewczyna z informacji wyjaśnia nam, że w Banque de France na pewno nie wymienią franków szwajcarskich na euro. Co więcej, na pewno w całej Miluzie i okolicach jest to niemożliwe. Wreszcie wiemy na czym stoimy – i przez cały pobyt we Francji płacimy kartą (już działała), po Bóg wie jakim kursie bankowym.

Do Miluzy przyjechaliśmy zwiedzić dwa muzea – samochodów (Cite de l’Automobile) oraz pociągów (Cite du Train). Oba ciekawe, w obu bardzo niewielu zwiedzających. Dla miłośników historii motoryzacji oraz fanów transportu kolejowego, to prawie raj – choć może niepełny, bo eksponaty pochodzą przede wszystkim z dwóch krajów: Francji i Włoch. Te muzea są chyba bardziej interesujące dla chłopców (w różnym wieku) , ale i żona znalazła coś, co ją mocno zaciekawiło: kolekcję prawie wszystkich modeli Lamborghini, łącznie z produkowanymi obecnie.

Bilet do muzeum pociągów kosztuje 13 euro, za Wojtka płacimy 9,50, a ja jako dziennikarz (z ważną legitymacją) mam wstęp wolny. W muzeum samochodów nie ma już tak dobrze, muszę zapłacić te 13 euro. Po muzeum kolejowym można się przejechać mini kolejką (w cenie biletu). Natomiast obok muzeum  samochodów jest specjalny tor, gdzie można się przejechać zabytkowym autem – ale już nie za darmo, lecz za 168 euro na godzinę. Nie korzystamy.

Dzięki panoramicznym oknom dobrze widać, jak blisko skalnych ścian przejeżdża ekspres lodowcowy.

Pod wieczór chcemy kupić chleb do kolacji, ale jest tuż po 19 i wszystkie sklepy spożywcze w Miluzie i okolicach są zamknięte. Udaje nam się znaleźć Carrefour, gdzie nie ma normalnego pieczywa lecz tylko tosty i półsurowe bułki do robienia hot-dogów. Dobre i to. 

Żeby wrócić do Polski, musimy dotrzeć z Miluzy na lotnisko w Bazylei. Wprawdzie z szwajcarskiej Bazylei do francuskiej Miluzy dojeżdża się pociągiem szybko i bezpośrednio, ale podróż w drugą stronę nie jest już taka prosta – bo z niewiadomych powodów w francuskim St. Louis trzeba się przesiąść z pociągu na autobus. By niepotrzebnie się nie spieszyć, postanawiamy dzień przed odjazdem kupić bilety kolejowe i i zorientować się, o której mamy pociągi do St. Louis. 

Na dworcu w Miluzie nigdzie nie ma jednak ani tablicy odjazdów, ani jakiegokolwiek pisanego rozkładu jazdy. Na ścianach dworca wiszą dziesiątki najrozmaitszych plakatów, ale broń Boże żadnego rozkładu.  Nie ma też jakiejkolwiek informacji, ludzkiej czy automatycznej. Jest natomiast parę automatów biletowych, lecz z instrukcją obsługi wyłącznie po francusku, więc nie mamy szans. Zresztą, wszystkie napisy na tym dworcu są tylko w języku francuskim. Jest też tam biuro kolei francuskich SNCF z punktem sprzedaży. Stoi do niego potężna kolejka. Jak widać, sami Francuzi także nie bardzo umieją  kupować bilety w tych automatach. 

Stoję więc i ja,  kolejka powoli się przesuwa, ale gdy jestem już przy wejściu do biura SNCF, przychodzi pan, zamyka mi szklane drzwi przed nosem i pokazuje, że obsłużeni zostaną tylko ci, którzy już są w środku. Jestem ostatni w kolejce i jedyny, który został za drzwiami. Pokazuję mu napis na szybie, że  biuro SNCF jest czynne do 19.30 – a jeszcze nie ma godz. 19. Na to on pokazuje mi przyklejoną niżej małą kartkę, na której odręcznie napisano, że dziś buro SNCF jest czynne do 19. Jest akurat 18.50, więc pokazuję mu zegarek, a potem 10 palców. Na to on pokazuje mi inną kartkę, z której wynika, że na 10 minut przed zamknięciem już się nie wpuszcza klientów. Jako jedyny odchodzę więc z kwitkiem. Nauczeni doświadczeniem, 27 sierpnia o 7 rano meldujemy się z bagażami na dworcu. Biuro SNCF otwiera się właśnie o 7, więc kolejka jest jeszcze dość krótka. Tym razem sukces, kupujemy bilety do St. Louis, wsiadamy do pociągu.  

W internecie sprawdziliśmy, że z St. Louis na lotnisko w Bazylei jedzie autobus nr. 11. Przed dworcem w St. Louis jest przystanek autobusowy, ale numeru 11 tam nie ma. Rozglądamy się po okolicy, to jedyny przystanek autobusowy. Czekamy więc, czas płynie, autobus 11 nie przyjeżdża. Przychodzi za to trzech policjantów. Nie znają angielskiego, ale razem z nami czeka anglojęzyczny turysta, który zna francuski, więc pyta policjantów, czy stoimy w dobrym miejscu. Patrol zapewnia, że tak, i że autobus 11 przyjedzie właśnie na ten przystanek. Czekamy więc dalej, nic się nie dzieje, pora się robi decyzyjna. 

Przyjeżdża kolejny pociag z Miluzy, wysiada z niego parę osób z bagażami, które też zapewne jadą na lotnisko. Oni jednak idą w drugą stronę i wychodzą na tyły dworca. Okazuje się, że właśnie tam jest przystanek autobusu 11. Na ścianie dworcowego przejścia podziemnego był jeden nieduży napis ze strzałką, pokazujący, że do autobusu 11 trzeba iść w drugę stronę, ale jakoś go przegapiliśmy.  Biegniemy więc na tyły dworca i w ostatniej chwili zdążamy do autobusu. Po kilkunastu minutach z ulgą wjeżdżamy do Szwajcarii, kraju, gdzie wszystko jest proste, dobrze wyjaśnione i zrozumiałe. Na lotnisku w Bazylei znowu muszę dopłacić za ponadwymiarową walizkę (25 euro kartą) po czym już bez kłopotów odprawiamy się do Warszawy. 

Pandemia nie utrudniła naszej ośmiodniowej podróży. Może nie przeszkodzi też rodakom, podróżującym w tym roku. Warto dodać, że jeszcze w pierwszej dekadzie czerwca można było bez problemów zarezerwować trzy wolne miejsca obok siebie (dwa przy oknie) na podróż nie tylko pierwszą, ale także i drugą klasą Glacier Expresu w sierpniu 2021. 

O autorze

Andrzej Dryszel

Dziennikarz, autor artykułów o tematyce turystycznej w dzienniku Trybuna, tygodniku Przegląd, Kurierze365pl. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Turystycznych im. Olgierda Budrewicza i Stowarzyszenia Dziennikarzy Podróżników Globtroter. Miłośnik podróży kolejowych. Pali fajkę.