Wprawdzie tegoroczna zima trafiła nam się długa, mroźna i śnieżna, ale gdy tylko zaczyna się wiosna, niełatwo znaleźć w Polsce miejsce na rodzinny wypoczynek narciarski. Dobrą alternatywą może być wyjazd do Szpindlerowego Młyna w czeskich Karkonoszach. To niedaleko polskiej granicy, a śniegu na pewno tam nie zabraknie.
Chociaż Polska jest oddzielona od Czech górami zatrzymującymi ciepłe wiatry z południa, to niemal wszystkie nasze ośrodki narciarskie kończą sezon już w marcu. Stopniowo przestają kursować ratraki, wyciągi mają przerwy konserwacyjne, wyłączane są armatki śnieżne. Być może w pierwszych dniach kwietnia czynne będą jeszcze nartostrady w Zieleńcu, ale to nie jest pewne. Zostaje Kasprowy Wierch, z którego prowadzą tylko czarne, trudne trasy, a na szczyt trudno się dostać, bo do kolejki linowej tłoczą się tłumy. Kuriozalny wręcz jest przypadek Pilska, najwyższej narciarskiej góry w Polsce po Kasprowym. Tam koniec sezonu zimowego ogłoszono już 9 marca. Inna sprawa, że to nie powinno specjalnie dziwić, bo w Korbielowie i na Pilsku od lat skutecznie prowadzi się politykę zniechęcania narciarzy.
Natomiast w Szpindlerowym Młynie pojeździmy tam na nartach także i w kwietniu.
– Wszystkie wyciągi i nartostrady w Szpindlerowym Młynie będa normalnie funkcjonować do Wielkiejnocy – zapewniają zgodnie Adam Svačina z międzynarodowego programu Gopass, zarządzającego sprzedażą skipasów i biletów w ośrodkach narciarskich Czech, Słowacji i w naszym Szczyrku, oraz Jakub Hanuš z spółki TMR zarządzającej ośrodkami narciarskimi w regionie.
Miejsca do jeżdżenia nie zabraknie, bo w czeskim kurorcie funkcjonuje sześć długich wyciągów, z sześcio- i czteromiejscowymi kanapami, a także jedenaście orczyków. Dzięki temu można korzystać z 28 kilometrów tras zjazdowych, oczywiście objętych jednym, wspólnym skipasem. Ze względu na karkonoski, nieco alpejski mikroklimat oraz dużą ilość armatek śnieżnych i ratraków, nartostrady są dostępne dla amatorów białego szaleństwa przez prawie pięć miesięcy w roku. Są tam szerokie trasy o różnym stopniu trudności, czerwone, niebieskie i trochę czarnych. Najdłuższe liczą ponad 2700 metrów. Każdy więc znajdzie stok odpowiedni dla siebie, niezależnie od poziomu umiejętności – zarówno wytrawni narciarze, jak i początkujące rodziny z dziećmi. Na miłośników bardziej urozmaiconej jazdy czekają snowparki, miejsca pomiaru czasu, poręcze, half-pipe’y, sztucznie usypane mini skocznie pozwalające na różne ewolucje. Jest nawet podświetlany śnieżny tunel (szeroki na jednego narciarza).

Można się rozpędzić
W Szpindlerowym Młynie ostatnim dniem tegorocznego sezonu zimowego będzie poniedziałek 6 kwietnia. Jeśli ktoś zatem jeszcze nie zaplanował wyjazdu w czasie przerwy wielkanocnej, to może warto, by wybrał właśnie ten, największy w czeskich Karkonoszach ośrodek narciarski. Największy, nie znaczy jednak najbardziej zatłoczony. Wprawdzie Szpindlerowy Młyn cieszy się w Czechach wielką popularnością, ale z powodu rozległości i dość luźnej zabudowy, zdołał zachować kameralny charakter. Nie grozi nam więc przeciskanie się przez tłumy turystów i nie będziemy mieć problemów ze znalezieniem noclegu czy wyżywienia.
Historia tej miejscowości zaczęła się w 1765 roku, gdy pan Špindler postawił nad Łabą (mającą źródła na pobliskim, polsko-czeskim Łabskim Szczycie) swój młyn. 150 lat później saneczkarstwo i narciarstwo w tym rejonie zaczęło się stawać tak popularne, że w Szpindlerowym Młynie uruchomiono pierwsze wyciągi o napędzie elektrycznym – turyści wsiadali do wielkich sań, wciąganych liną na górę.
Dziś narciarze i snowboardziści mają tu swoje wymarzone miejsce, bo Szpindlerowy Młyn leżący na wysokości od 700 do 850 metrów nad poziomem morza, jest otoczony przez cztery szczyty liczące 1196 mnp (Přední planina), 1235 mnp (Medvědín), 1324 mnp (Stoh) i 1390 mnp (Kozi Hrbet). Różnice wysokości są więc pokaźne – i można się naprawdę rozpędzić. Trasy biegnące z szczytu Přední planina spełniają wymogi Międzynarodowej Federacji Narciarskiej i odbywają się na nich zawody narciarskiego oraz snowboardowego Pucharu Świata w slalomach.
Wysokość gór sąsiadujących z Szpindlerowym Młynem ma znaczenie nie tylko dla narciarzy. Można na przykład zjechać czterokilometrowym oświetlonym torem saneczkowym. To atrakcja na tyle bezpieczna, że z sanek korzystają całe rodziny wraz z dziećmi. Wokół miejscowości wytyczono także liczne piesze szlaki turystyczne, które zapewniają wspaniałe widoki. Kurort ma rangę sanatorium klimatycznego, wspomagającego leczenie chorób płuc i dróg oddechowych, więc również miłośnicy nieco mniej aktywnego wypoczynku będą się tam dobrze czuli.

Szusowanie przez most
Szpindlerowy Młyn odwiedza rocznie ponad pół miliona turystów, z czego około 400 tysięcy w sezonie zimowym. Dla porównania, miejscowość ma zaledwie 1200 stałych mieszkańców, a miejsc noclegowych w hotelach, pensjonatach i apartamentach jest ponad 10 tysięcy – i stale ich przybywa, co pozwala na sprawną obsługę i szybkie rozładowanie dużej fali gości w szczytach sezonu.
W „Spindlu” (jak potocznie mówią Czesi) nigdzie nie ma takiego tłoku jak na przykład na zakopiańskich Krupówkach, a w licznych restauracjach i barach zawsze znajdziemy wolne miejsca. Narciarze nie muszą schodzić ze stoku, żeby coś zjeść i wypić bo bary są także przy początkowych i końcowych stacjach wyciągów, a świetne piwo czy morawskie białe wino zawsze ma odpowiednią temperaturę. Jest nawet gustowny acz skromny lokal, gdzie narciarzom podają szampana Veuve Cliquot. Kto zaś woli żywić się własnym sumptem, bez kłopotu kupi to czego mu potrzeba w sklepach spożywczych (głównie w centrum miejscowości).
Również i infrastruktura narciarska dorównuje potrzebom. Nawet w tzw. wysokim szczycie sezonu zimowego turyści nie mają żadnych problemów z wypożyczeniem nart, snowboardów, butów i kasków. Jeśli jesteśmy miłośnikami sprzętu fabrycznie nowego ale nie mamy własnego ekwipunku, to możemy go po prostu kupić w którymś z sklepów sportowych. Jeśli stępimy krawędzie czy uszkodzimy wiązania, profesjonalny serwis zajmie się tym i na drugi dzień wszystko będzie w porządku. Jeśli zaś dopiero zaczynamy jeździć albo chcemy, by narciarstwa uczyło się nasze dziecko, dając nam w ten sposób kilka godzin spokoju, to z łatwością znajdziemy szkółkę narciarską czy indywidualnych instruktorów.
Stacja narciarska Szpindlerowy Młyn składa się z pięciu sąsiadujących ze sobą grup nartostrad i wyciągów: Svatý Petr, Medvědín, Hromovka, Horní Mísečky i Labská. Z Hromovki można zjechać także do Svatego Petra – i odwrotnie. Pozostałe trasy nie są jednak skomunikowane. Być może w przyszłym roku to się zmieni. Planowane jest bowiem wydłużenie nartostrad i połączenie ze sobą dwóch, leżących naprzeciw siebie kompleksów tras narciarskich: Svatego Petra i Medvědína. Rozdziela je Łaba – i właśnie powstaje most na tej rzece, który w sezonie narciarskim będzie służyć jako nartostrada, umożliwiająca jazdę pomiędzy Svatym Petrem i Medvědínem. Odczepianie nart już nie będzie konieczne. W planach jest też kolejny wyciąg krzesełkowy, z dolną stacją tuż przy budowanym moście. Rozmach inwestycyjny musi być jednak kontrolowany, bo Szpindlerowy Młyn leży w Karkonoskim parku Narodowym.

Kto rano wstaje
Jak się jeździ na nartach w tym, chyba najbardziej znanym, czeskim ośrodku narciarskim? Odpowiedź jest krótka: dobrze, ale najlepiej rano. To zresztą zasada znana narciarzom od zawsze – jeśli zaczną wcześnie, będą mieli szansę na świeży, nienaruszony przez innych śnieg. Teraz na nartostradach zamiast naturalnego śniegu mamy ten produkowany przez armatki, ale rano jest on wyrównany przez ratraki, jeszcze pozbawiony muld, wolny od lodu. Dlatego o godz. 8.30 gdy w Szpindlerowym Młynie ruszają wyciągi, przed bramkami zawsze czeka grupka narciarzy, pragnących zacząć jak najwcześniej. Po godzinie 13 czy 14, jeśli słońce mocno świeci, śnieg robi się mokry i ciężki, stawia duży opór nartom, a jazda sprawia już znacznie mniejszą przyjemność. Natomiast, niezależnie od pory dnia, nie można narzekać na nadmierne zagęszczenie na stokach. Tras jest wiele i są tak szerokie, że narciarzom nie grozi jazda w niebezpiecznej bliskości.
Dla tych, którzy w Szpindlerowym Młynie chcą jak najlepiej wykorzystać czas spędzany na nartach, wymyślono Fresh Track. To możliwość (dodatkowo płatna) rozpoczęcia jazdy już o 7.30 na niebieskich i czerwonych trasach Medvědína i Svatego Petra. Wyciągi są wtedy jeszcze nieczynne, uruchamia się je tylko dla tych kilku narciarzy, którzy postanowili wstać tak wcześnie. Jazda po pustych stokach to okazja praktycznie niespotykana, więc wrażenia z szusowania w ciszy i samotności są naprawdę intensywne. A po dwóch godzinach takiej jazdy przysługuje nam obfite śniadanie (z prosecco), podawane w górskiej restauracji.
Nartostrady pustoszeją po godzinie 16, choć chętni mogą od 18 do 21 jeździć po oświetlonej, ponad półtorakilometrowej trasie Hromovka (stopień trudności – mocna czerwień). Ma to swój urok, bo temperatura wtedy spada i śnieg robi się fajniejszy. Za wieczorną jazdę nie trzeba płacić osobno, jest wliczona w cenę dziennego skipasu.
Szpindlerowy Młyn żyje jednak nie tylko nartami. Do dyspozycji turystów są lokale z muzyką, tańcami i urozmaiconą kuchnią – czeską ale także i na przykład włoską, meksykańską, japońską. Jest aquapark, są baseny w hotelach, centra wellnes i spa, hala do tenisa i squasha, kryte pole golfowe, strzelnica sportowa. Tak więc, także i ci, którzy nie są specjalnymi miłośnikami narciarstwa, nie powinni się nudzić.
fot: Andrzej Dryszel