Strona główna » Największe kłamstwo na świecie: „Jeszcze jedna fala i wychodzę”

Największe kłamstwo na świecie: „Jeszcze jedna fala i wychodzę”

Magdalena Kuszewska
15 minuty czytania

Nasz cykl inaugurujmy wyjątkową rozmową. Gościem Magdaleny Kuszewskiej jest Jan Sadowski, znany szerzej jako Jasiek Doggy Dog. Surfer, prezes Polskiego Związku Surfingu, kreatywny menedżer sportu, sędzia ISA i działacz NGO.

Na początku każdy Rozmówca „Na Fali” odpowiada na dwa pytania. Spontanicznie, bez uprzedzenia i bez przygotowania:

Magdalena Kuszewska: Surfing to dla Ciebie…?

Jan Sadowski: Życie, pasja. To, co kocham i co zajmuje mi większość czasu. Bez czego ciężko mi żyć. Wyjątkowy sport, który niesie za sobą szczególne wartości i ideę olimpijską. 

A co to znaczy „być na fali”?

Bycie szczęśliwym… 

Kiedy robimy coś z pasji, z zajawki, na tak zwanego maksa, zwykle podporządkowujemy temu życie. Ale coś za coś. Powiesz, co musiałeś poświęcić, aby uprawiać surfing?

Na pewno trudno jest zgrać ten sport z życiem zawodowym i prywatnym. Uśmiecham się, jak o tym mówię, bo pamiętam, jak koleżanka mojej jeszcze wtedy przyszłej żony, ostrzegła: „Nie, tylko nie to, nie wiąż się z surferem!”. Ale nam akurat udało się stworzyć dojrzały, fajny związek… 

Kolejna rzecz: łączenie takiej pasji z karierą bywa trudne. Ja jako szef firmy czy organizacji zatrudniłbym surfera, bo wiem, jak pozytywne cechy się z tym wiążą. 

Czyli?

Trzeba umieć podejmować szybki decyzje, zmienne w czasie, funkcjonować w niestabilnych warunkach, co pomaga także w pracy. Ja musiałem w życiu bardzo dobrze się zorganizować, poukładać sobie relacje, zarządzanie budżetem i ryzykiem, aby być w tym miejscu, w którym obecnie jestem. 

Każda osoba, która zaczyna surfować, na początku przede wszystkim walczy ze słabościami i z żywiołem. Po to, aby uzyskać efekt: zjazd na fali. Dążenie do celu, który jest ciężko osiągalny, to nasza cecha charakterystyczna. Kiedy tylko złapiemy falę i dotrzemy do brzegu, natychmiast wracamy po więcej.

To uczucie bywa uzależniające. 

Jasne. Największe kłamstwo na świecie brzmi: „Jeszcze jedna fala i wychodzę” (uśmiech). Nauczyłem się jednak z biegiem lat, że nie mogę wyłącznie myśleć o swojej przyjemności przy łapaniu fal. 

Kilka lat temu przyjechał mój przyjaciel i poszliśmy popołudniu popływać, spot nad Bałtykiem. O godz. 20 byłem umówiony z żoną na kolację. Ale sesję mieliśmy wyjątkową: świetne warunki, idealny wiatr. Poza tym był czerwiec, najdłuższe dni w roku. Straciłem poczucie czasu, przyznaję. Wyszedłem na brzeg, jeszcze sobie pogadaliśmy z przyjacielem. Nagle, kiedy się ściemniło, sięgnąłem po telefon i zobaczyłem 26 nieodebranych połączeń. Żona umierała z niepokoju. Zrozumiałem swój błąd, zacząłem nad tym pracować. 

Jak wspominasz Twoje początki z surfingiem? Od czego wszystko się zaczęło? 

To był 2000 rok. Miałem 14 lat i pojechałem z rodzicami do Bretanii, do przyjaciela naszej rodziny, przyszywanego wujka. Miałem akurat imieniny i zastanawiano się, co mi podarować. W sklepach królowały tzw. bodyboards, deski do surfowania na brzuchu. Dostałem swój egzemplarz. Dzięki dołączonemu do deski rysunkowi wiedziałem, co z nią zrobić. Pamiętam, jak pierwszy raz łapałem fale, które wydawały mi się wtedy ogromne, choć pewnie nie były wyższe niż metr. Dorośli mieli mnie z głowy. Przepadłem. Potem zobaczyłem w oceanie surferów, pływających klasycznie, na stojąco. Pomyślałem: nauczę się tego! 

Kiedy po raz pierwszy stanąłeś na desce surfingowej?

W wieku 18 lat. Moja siostra zamieszkała w Anglii, na zachodnim wybrzeżu. Każdego lata pracowałem w Skandynawii, więc miałem pieniądze na sprzęt. Poleciałem do siostry, kupiłem sobie piankę, deskę. I taka sytuacja: jest wrzesień, 8 stopni, wielki wiatr, a ja wchodzę na plażę Croyde (North Devon). Jestem na wodzie sam, poza mną tylko kilku ratowników, schowanych w ogrzewanym samochodzie terenowym. Co chwilę upominali przez głośnik: „Hey, mate, go left!” itd.

To się nazywa upór. A skąd pomysł, aby Twoja surf-pasja stała się drogą zawodową? Zostałeś organizatorem campów, sędzią międzynarodowym. 

Przez pewien czas prowadziłem firmę rodzinną, zajmując się relacjami z klientem, zarządzaniem, nadzorowaniem. Jednocześnie często jeździłem surfować, po Polsce i za granicą, odkrywając nowe spoty z kolegami. W końcu poczułem, że w firmie doszedłem do ściany i czas opuścić ten statek. Potem wyjechałem z kumplem do Brazylii: Rio do Janeiro, Sao Paulo, wyspy. Trochę narozrabialiśmy (uśmiech). Ale to wtedy zrozumiałem, że życie jest ulotne, kruche i krótkie, i może warto spróbować żyć w pełni. Z pasją i z pasji…

Odważne. Co było dalej? 

Zacząłem organizować surf campy, weekendowe nad polskie morze i dłuższe: do Francji, Portugalii, Panamy i Indonezji. Odkryłem świetne spoty w zachodniopomorskiem, m.in. Kołobrzeg i Ustronie Morskie. Mało kto wie, że tam przez 200 dni w roku panują dobre warunki do surfowania. Zaryzykowaliśmy z żoną i otworzyliśmy w Kołobrzegu szkołę surfingu. Co to był za klimat! W bloku blisko morza znajdowała się cała całoroczna szkółka, surfshop i klub surfingowy z szatnią oraz szafkami na kluczyk. Stworzyliśmy wokół tego całą społeczność. Były długie rozmowy, niesamowici ludzie i jeszcze bardziej ciekawe sytuacje, historie. Miasto do dziś korzysta z inicjatyw, które tam zaszczepiłem. Potem jednak przyszła pandemia, parę rzeczy się nie zgrało i musieliśmy szkołę zamknąć. 

To wtedy pojawił się u Ciebie pomysł stworzenia Polskiego Związku Surfingu? 

Już wcześniej równolegle działałem z innymi pionierami surfingu w Polsce, w kierunku stworzenia związku sportowego, zrzeszającego organizacje surfingu i surferów. To mnie coraz bardziej pochłaniało. Także czasowo. Powoli wyrastałem na jedną z czołowych i najbardziej zaangażowanych osób w tym projekcie. Nie byłem „helskim dzieckiem”, mimo że, jako osoba pochodząca z klasy średniej, z Warszawy, bywałem na Helu oczywiście. Cenię sobie dystans i merytoryczność. Zawsze byłem indywidualistą, który nauczył się współpracować z ludźmi. Lubię widzieć różne perspektywy. 

Te cechy się przydają w kierowaniu zespołem. 

Wspólnie z innymi postanowiliśmy więc stworzyć Polski Związek Surfingu (a wcześniej Związek Sportowy Surfingu): organizację, która jest związkiem sportowym, zrzeszającym kluby surfingowe w Polsce. Wybrałem, wraz z kolegami i koleżankami, tworzącymi ze mną PZS, znacznie trudniejszą drogę, czyli proces tworzenia oddzielnej organizacji, bez przyklejania się do innego dużego związku… Od początku mieliśmy przeciwników na różnych poziomach i w różnych organizacjach, ale nie zniechęciło nas to. Teraz zdarza się, że nawet wielcy sportowcy, zdobywcy medali olimpijskich, traktują nas z szacunkiem. Ale to nie jest reguła, część osób nadal postrzega surferów jako ludzi wyłącznie bawiących się. A Polski Związek Surfingu jako Polski Związek Sportowy jest wpisany w KRS od 13 października 2022 roku. 

Młoda, ale już oficjalnie działająca organizacja. Jak się czujesz, stojąc na jej czele? Duma, zmęczenie, spełnienie? 

Czuję zaszczyt, że surfing został uznany za jedną z 33 dyscyplin olimpijskich. To wyjątkowa sytuacja. A my staliśmy się 70-tym polskim związkiem sportowym; weszliśmy tym samym do elitarnego grona. 

Kolejna rzecz: dzięki istnieniu PZSURF polscy surferzy mogą się rozwijać, brać udział w zgrupowaniach, wyjeżdżać na zawody za granicę. Surfing w Polsce rozwija się bardzo szybko, w mojej ocenie najbliższe sześć lat przyniesie dużo większą popularność. Chcemy profesjonalizować tę dyscyplinę, wpływać na jej rozwój, a przy okazji dbać o środowisko, inicjować projekty ekologiczne. Zgodnie z naszym ulubionym hasztagiem, #abetterworldthorughsurfing, dbamy też o edukację surfingową dzieciaków, choćby tych mieszkających nad morzem, aby miały możliwość wyboru tej dyscypliny w ramach wuefu. Zależy nam na zmianach systemowych. W Polsce surferzy często mają pod górę i problemy z dostępem do spotów surfingowych (brak parkingu lub parkingi zamknięte na zimę, niejasna sytuacja prawno-organizacyjna miejsc). A poza tym u nas organizacja zawodów jest droższa i trudniejsza pod względem biurokracji niż choćby w Portugalii. 

A teraz mam trudne pytanie. Czy polskie środowisko surferskie, w Twojej opinii, jest solidarne i zgrane?

Jest, w miarę. Bywa, że każdy chce zadbać o swój interes, ale moja rola polega na tym, aby dopingować ludzi i solidaryzować ich, zgodnie z hasłem przewodnim PZSURF, czyli: „Wspólnie tworzymy, wspieramy i rozwijamy #PolskiSurfing”. Musimy sobie zdać sprawę, że jako kraj jesteśmy w surfingu jeszcze na bardzo wczesnym etapie rozwoju, w skali światowej. Na dodatek sezon letni jest ciężki, a polskim przedsiębiorcom (nie tylko w surfingu) często nie ułatwia się prowadzenia biznesu. Ale pandemia pozwoliła wielu osobom przewartościować życie. Praca zdalna, która staje się coraz powszechniejsza, sprawia, że można łączyć pasję surfingową z karierą i zawodem, jeździć po świecie itd. 

Racja. Chętnie poznam Twoje zdanie na temat domniemanego konfliktu między kitesurferami i windsurferami. 

Zdarza mi się oczywiście słyszeć o sprzeczkach między kitesurferami i windsurferami, ale surferami już nie, bo my potrzebujemy innego rodzaju wiatru. Nie oceniam, choć na spotach widziałem różne sytuacje. 

Dla mnie ważne jest, aby każdy, kto pływa, respektował prawo drogi. Chodzi o bezpieczeństwo na wodzie. Przydaje się nutka pokory i zrozumienia. Jako PZSURF mamy przygotowaną kampanię na temat bezpieczeństw na wodzie. Planujemy, aby latem dotarła na większość polskich plaż. Wiem, że sporty wodne budzą duże emocje, ale mimo wszystko wierzę, że wszyscy tworzymy jedną rodzinę. Nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Ponad granicami. 

Czy da się precyzyjnie określić, ile osób w Polsce surfuje?

Owszem, ok. 100-300 tysięcy osób, według ostatnich szacunków za 2022 rok. Szacuje się to na podstawie szkółek, które wypuszczają kolejnych kursantów, organizują surf campy w Polsce i za granicą. Pewne jest, że liczba surferów rośnie z każdym rokiem. Ja w swojej karierze przeszkoliłem ponad 3000 tysiące osób i tych, które odpuściły z różnych przyczyn dalszy rozwój w surfingu, było może ze 20. To ciekawe, jak wielu ludzi nie poddaje się, mimo trudności. 

Jakie rady przekażesz tym, którzy chcą spróbować?

Pamiętajcie, że efekt, czyli łapanie fal, które obserwujecie na folderach czy filmikach video, to zwykle bardzo długi proces. O tym się za mało mówi. Cel w surfingu nie jest namacalny; wiadomo, że trzeba zacząć łapać fale i wytrwać na nich. Ale wszystko jest poprzedzone ciężką pracą i zasadami, które dyktuje natura. 

Właśnie. Ujmuje mnie, że surfing to jedna z nielicznych dyscyplin, tak bardzo zależnych od pogody, natury. 

To zarazem piękno i przekleństwo tego sportu! Dlatego jako działacz mierzę się choćby z tym, że niełatwo znaleźć sponsorów na zawody. System alertów, okna pogodowe: to wszystko zwykle działa, ale zdarza się, że zawody najwyższej ligi, jak World Surf League, nie odbywają się. Powód? Fale są zbyt mocne lub za słabe… Można być świetnie przygotowanym, czekać i się nie doczekać, co nie każdy rozumie. 

Jakie wyzwania na ten rok stoją przed Tobą jako szefem Polskiego Związku Surfingu? 

Przez rok pracowałem na rzecz związku, razem z koleżankami i kolegami, tworzącymi zarząd, wolontaryjnie. Musiałem więc równolegle wrócić do pracy zawodowej. Ale wszystko pod kontrolą: zorganizowałem pracę zarządu, jesteśmy podzieleni funkcjami i zakresem działań, a przede wszystkim jest między nami zaufanie i odpowiedzialność za PZSURF. W mojej nowej pracy szef oczywiście wie, co ja robię; szanuje to. Mamy ustalone zasady współpracy. Na przykład już wiem, że mam wolne na Mistrzostwa Świata w Salwadorze. 

Wyzwaniem dla PZSURF są właśnie te mistrzostwa; trzeba wypełnić ogrom dokumentów, także po to, aby dostać dotację. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że pierwszy rok działalności jest trudny, musimy się wiele nauczyć, ale potem będzie tylko prościej. Spinamy budżety na zgrupowania, konsultacje, organizację sztabu trenerskiego oraz wspomagającego przygotowania, a to wszystko jest wyzwaniem kosztowym i logistycznym. Odczuwam dumę, bo w zarządzie PZSURF mamy parytet. Jesteśmy prawdopodobnie jedynym polskim związkiem sportowym, który może się tym poszczycić! 

Fakt, to rzadkość w zarządach organizacji sportowych. 

Kiedy zostałem wybrany na prezesa związku, moim celem było nie tylko mówić, ale i udowodnić, że surfing może być dla wszystkich. Zwróć uwagę na to, że to jedna z bardzo nielicznych dziedzin, w której wejście na arenę zawodów nic nie kosztuje. Każdy może przyjść nad morze czy ocean, podziwiać i dopingować zawodników; całymi rodzinami, nawet z psami, proszę bardzo. Uznałem, że u nas kobiety powinny na równi z mężczyznami podejmować decyzje dotyczące surfingu. Nie chcę poprzestawać na działaniach, które upowszechniają surfing. Również chciałbym, abyśmy mogli zaprosić osoby z niepełnosprawnościami do tej dyscypliny. Tak jak to się odbywa na świecie. O dzieciach i młodzieży mówiłem wcześniej. Jedno jest pewne. Dla każdego znajdzie się miejsce w tym sporcie! 

A Twój plan, jako surfera, na ten rok? 

Chciałbym, aby praca zawodowa i moje życie surfingowe pozwalało na balans. Mam całą bucket list, gdzie jeszcze chciałbym pływać. Nie podam pierwszego miejsca, bo jest ich wiele, na pewno plaże w Kalifornii. Nigdy tam nie byłem, więc czas nadrobić zaległości.

Na koniec, zdradzisz nam, poproszę, Twoje trzy ulubione spoty?

Bardzo dobre pytanie. Polecam Barra de la Cruz w Meksyku; świetne fale i miejsce. Dalej: Uluwatu na Bali, świetna fala, performansowa, minusem są tłumy ludzi z całego świata. Trzecie miejsce jest dla mnie sentymentalne: to Praia de Carcavelos, jedna z najbliżej położonych plaż w okolicach Lizbony, gdzie miałem okazję mieszkać. Zasysające, tubujące się mocno fale, a do tego miejski klimat plaży. Zapraszam również do posłuchania podcastu pod nazwą SurfCast, gdzie z moim surfkumplem Olkiem rozmawiamy luźno o surfingu, pokazując, że wcale nie jest tak egzotyczny, jak się może wydawać. Więcej nie zdradzam, słuchajcie na Spotify. 

Rozmawiała: Magdalena Kuszewska, redaktor prowadząca projekt „Na Fali”

You may also like

Zostaw komentarz